classpad.pl

Basic|Add-in|eActivities|Komputer|Lua|Pomoce|EA-100(200)|Linki|Kontakt

eBook na ClassPad


Czyli jak wgrać większą ilość tekstu na ClassPada.



  1. Sposób 1: Kopiowanie do eActivity.
  2. Sposób 2: Kopiowanie do edytora programów jako tekst.



Sposób 1: Kopiowanie do eActivity.

Możemy skopiować tekst do eActivity wykorzystując ClassPad Manager. Robimy to następująco: Insert, Notes, kopiujemy tekst (prawy klawisz myszy "Paste Windows Tekst"). Jest tylko jeden problem, jedna notatka może pomieścić ograniczoną ilość tekstu a mianowicie tyle:

Dalej

KSIEGA PIERWSZA GOSPODARSTWO Tresc: Powrot panicza - Spotkanie sie najpierwsze w pokoiku, drugie u stolu - Wazna Sedziego nauka o grzecznosci - Podkomorzego uwagi polityczne nad modami - Poczatek sporu o Kusego i Sokola - Zale Wojskiego - Ostatni Wozny Trybunalu - Rzut oka na owczesny stan polityczny Litwy i Europy. -------------------------------------------------------------------------------- Litwo! Ojczyzno moja! ty jestes jak zdrowie. Ile cie trzeba cenic, ten tylko sie dowie, Kto cie stracil. Dzis pieknosc twa w calej ozdobie Widze i opisuje, bo tesknie po tobie. Panno Swieta, co jasnej bronisz Czestochowy I w Ostrej swiecisz Bramie! Ty, co grod zamkowy Nowogrodzki ochraniasz z jego wiernym ludem! Jak mnie dziecko do zdrowia powrocilas cudem (Gdy od placzacej matki pod Twoja opieke Ofiarowany, martwa podnioslem powieke I zaraz moglem pieszo do Twych swiatyn progu Isc za wrocone zycie podziekowac Bogu), Tak nas powrocisz cudem na Ojczyzny lono. Tymczasem przenos moje dusze uteskniona Do tych pagorkow lesnych, do tych lak zielonych, Szeroko nad blekitnym Niemnem rozciagnionych; Do tych pol malowanych zbozem rozmaitem, Wyzlacanych pszenica, posrebrzanych zytem; Gdzie bursztynowy swierzop, gryka jak snieg biala, Gdzie panienskim rumiencem dziecielina pala, A wszystko przepasane, jakby wstega, miedza Zielona, na niej z rzadka ciche grusze siedza. Srod takich pol przed laty, nad brzegiem ruczaju, Na pagorku niewielkim, we brzozowym gaju, Stal dwor szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany; Swiecily sie z daleka pobielane sciany, Tym bielsze, ze odbite od ciemnej zieleni Topoli, co go bronia od wiatrow jesieni. Dom mieszkalny niewielki, lecz zewszad chedogi, I stodole mial wielka, i przy niej trzy stogi Uzatku, co pod strzecha zmiescic sie nie moze; Widac, ze okolica obfita we zboze, I widac z liczby kopic, co wzdluz i wszerz smugow Swieca gesto jak gwiazdy, widac z liczby plugow Orzacych wczesnie lany ogromne ugoru, Czarnoziemne, zapewne nalezne do dworu, Uprawne dobrze na ksztalt ogrodowych grzadek: Ze w tym domu dostatek mieszka i porzadek. Brama na wciaz otwarta przechodniom oglasza, Ze goscinna i wszystkich w goscine zaprasza. Wlasnie dwokonna bryka wjechal mlody panek I obieglszy dziedziniec zawrocil przed ganek, Wysiadl z powozu; konie porzucone same, Szczypiac trawe ciagnely powoli pod brame. We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknieto Zaszczepkami i kolkiem zaszczepki przetknieto. Podrozny do folwarku nie biegl slug zapytac; Odemknal, wbiegl do domu, pragnal go powitac. Dawno domu nie widzial, bo w dalekim miescie Konczyl nauki, konca doczekal nareszcie. Wbiega i okiem chciwie sciany starodawne Oglada czule, jako swe znajome dawne. Tez same widzi sprzety, tez same obicia, Z ktoremi sie zabawiac lubil od powicia; Lecz mniej wielkie, mniej piekne, niz sie dawniej zdaly. I tez same portrety na scianach wisialy. Tu Kosciuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma Podniesionymi w niebo, miecz oburacz trzyma; Takim byl, gdy przysiegal na stopniach oltarzow, Ze tym mieczem wypedzi z Polski trzech mocarzow Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie Siedzi Rejtan zalosny po wolnosci stracie, W reku trzymna noz, ostrzem zwrocony do lona, A przed nim lezy Fedon i zywot Katona. Dalej Jasinski, mlodzian piekny i posepny, Obok Korsak, towarzysz jego nieodstepny, Stoja na szancach Pragi, na stosach Moskali, Siekac wrogow, a Praga juz sie wkolo pali. Nawet stary stojacy zegar kurantowy W drewnianej szafie poznal u wniscia alkowy I z dziecinna radoscia pociagnal za sznurek, By stary Dabrowskiego uslyszec mazurek. Biegal po calym domu i szukal komnaty, Gdzie mieszkal, dzieckiem bedac, przed dziesieciu laty. Wchodzi, cofnal sie, toczyl zdumione zrenice Po scianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce? Ktoz by tu mieszkal? Stary stryj nie byl zonaty, A ciotka w Petersburgu mieszkala przed laty. To nie byl ochmistrzyni pokoj! Fortepiano? Na niem noty i ksiazki; wszystko porzucano Niedbale i bezladnie; nieporzadek mily! Niestare byly raczki, co je tak rzucily. Tuz i sukienka biala, swiezo z kolka zdjeta Do ubrania, na krzesla poreczu rozpieta. A na oknach donice z pachnacymi ziolki, Geranium, lewkonija, astry i fijolki. Podrozny stanal w jednym z okien - nowe dziwo: W sadzie, na brzegu niegdys zaroslym pokrzywa, Byl malenki ogrodek, sciezkami porzniety, Pelen bukietow trawy angielskiej i miety. Drewniany, drobny, w cyfre powiazany plotek Polyskal sie wstazkami jaskrawych stokrotek. Grzadki widac, ze byly swiezo polewane; Tuz stalo wody pelne naczynie blaszane, Ale nigdzie nie widac bylo ogrodniczki; Tylko co wyszla; jeszcze kolysza sie drzwiczki Swiezo tracone; blisko drzwi slad widac nozki Na piasku, bez trzewika byla i ponczoszki; Na piasku drobnym, suchym, bialym na ksztalt sniegu, Slad wyrazny, lecz lekki; odgadniesz, ze w biegu Chybkim byl zostawiony nozkami drobnemi Od kogos, co zaledwie dotykal sie ziemi. Podrozny dlugo w oknie stal patrzac, dumajac, Wonnymi powiewami kwiatow oddychajac, Oblicze az na krzaki fijolkowe sklonil, Oczyma ciekawymi po drozynach gonil I znowu je na drobnych sladach zatrzymywal, Myslal o nich i, czyje byly, odgadywal. Przypadkiem oczy podniosl, i tuz na parkanie Stala mloda dziewczyna. - Biale jej ubranie Wysmukla postac tylko az do piersi kryje, Odslaniajac ramiona i labedzia szyje. W takim Litwinka tylko chodzic zwykla z rana, W takim nigdy nie bywa od mezczyzn widziana: Wiec choc swiadka nie miala, zalozyla rece Na piersiach, przydawajac zaslony sukience. Wlos w pukle nie rozwity, lecz w wezelki male Pokrecony, schowany w drobne straczki biale, Dziwnie ozdabial glowe, bo od slonca blasku Swiecil sie, jak korona na swietych obrazku. Twarzy nie bylo widac. Zwrocona na pole Szukala kogos okiem, daleko, na dole; Ujrzala, zasmiala sie i klasnela w dlonie, Jak bialy ptak zleciala z parkanu na blonie I wionela ogrodem przez plotki, przez kwiaty, I po desce opartej o sciane komnaty, Nim spostrzegl sie, wleciala przez okno, swiecaca, Nagla, cicha i lekka jak swiatlosc miesiaca. Nocac chwycila suknie, biegla do zwierciadla; Wtem ujrzala mlodzienca i z rak jej wypadla Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladla. Twarz podroznego barwa splonela rumiana Jak oblok, gdy z jutrzenka napotka sie ranna; Skromny mlodzieniec oczy zmruzyl i przyslonil, Chcial cos mowic, przepraszac, tylko sie uklonil I cofnal sie; dziewica krzyknela bolesnie, Niewyraznie, jak dziecko przestraszone we snie; Podrozny zlakl sie, spojrzal, lecz juz jej nie bylo. Wyszedl zmieszany i czul, ze serce mu bilo Glosno, i sam nie wiedzial, czy go mialo smieszyc To dziwaczne spotkanie, czy wstydzic, czy cieszyc. Tymczasem na folwarku nie uszlo bacznosci, Ze przed ganek zajechal ktorys z nowych gosci. Juz konie w stajnie wzieto, juz im hojnie dano, Jako w porzadnym domu, i obrok, i siano; Bo Sedzia nigdy nie chcial, wedlug nowej mody, Odsylac konie gosci Zydom do gospody. Sludzy nie wyszli witac, ale nie mysl wcale, Aby w domu Sedziego sluzono niedbale; Sludzy czekaja, nim sie pan Wojski ubierze, Ktory teraz za domem urzadzal wieczerze. On Pana zastepuje i on w niebytnosci Pana zwykl sam przyjmowac i zabawiac gosci (Daleki krewny panski i przyjaciel domu). Widzac goscia, na folwark dazyl po kryjomu (Bo nie mogl wyjsc spotykac w tkackim pudermanie); Wdzial wiec, jak mogl najpredzej, niedzielne ubranie Nagotowane z rana, bo od rana wiedzial, Ze u wieczerzy bedzie z mnostwem gosci siedzial. Pan Wojski poznal z dala, rece rozkrzyzowal I z krzykiem podroznego sciskal i calowal; Zaczela sie ta predka, zmieszana rozmowa, W ktorej lat kilku dzieje chciano zamknac w slowa Krotkie i poplatane, w ciag powiesci, pytan, Wykrzyknikow i westchnien, i nowych powitan. Gdy sie pan Wojski dosyc napytal, nabadal, Na samym koncu dzieje tego dnia powiadal. "Dobrze, moj Tadeuszu (bo tak nazywano Mlodzienca, ktory nosil Kosciuszkowskie miano Na pamiatke, ze w czasie wojny sie urodzil), Dobrze, moj Tadeuszu, zes sie dzis nagodzil Do domu, wlasnie kiedy mamy panien wiele. Stryjaszek mysli wkrotce sprawic ci wesele; Jest z czego wybrac; u nas towarzystwo liczne Od kilku dni zbiera sie na sady graniczne Dla skonczenia dawnego z panem Hrabia sporu; I pan Hrabia ma jutro sam zjechac do dworu; Podkomorzy juz zjechal z zona i z corkami. Mlodziez poszla do lasu bawic sie strzelbami, A starzy i kobiety zniwo ogladaja Pod lasem, i tam pewnie na mlodziez czekaja. Pojdziemy, jesli zechces

Jest to 8565 bajtów tekstu. Nie jest to za wiele, jak widać nie zmieściła się tutaj nawet pierwsza księga Pana Tadeusza.







Sposób 2: Kopiowanie do edytora programów jako tekst.

Włączamy tryb "Program", nowy program (jako type dajemy "Program(Text)"), następnie wklejamy tutaj skopiowany wcześniej tekst. Zobaczmy ile teraz udało nam się pomieścić

Dalej

KSIEGA PIERWSZA GOSPODARSTWO Tresc: Powrot panicza - Spotkanie sie najpierwsze w pokoiku, drugie u stolu - Wazna Sedziego nauka o grzecznosci - Podkomorzego uwagi polityczne nad modami - Poczatek sporu o Kusego i Sokola - Zale Wojskiego - Ostatni Wozny Trybunalu - Rzut oka na owczesny stan polityczny Litwy i Europy. -------------------------------------------------------------------------------- Litwo! Ojczyzno moja! ty jestes jak zdrowie. Ile cie trzeba cenic, ten tylko sie dowie, Kto cie stracil. Dzis pieknosc twa w calej ozdobie Widze i opisuje, bo tesknie po tobie. Panno Swieta, co jasnej bronisz Czestochowy I w Ostrej swiecisz Bramie! Ty, co grod zamkowy Nowogrodzki ochraniasz z jego wiernym ludem! Jak mnie dziecko do zdrowia powrocilas cudem (Gdy od placzacej matki pod Twoja opieke Ofiarowany, martwa podnioslem powieke I zaraz moglem pieszo do Twych swiatyn progu Isc za wrocone zycie podziekowac Bogu), Tak nas powrocisz cudem na Ojczyzny lono. Tymczasem przenos moje dusze uteskniona Do tych pagorkow lesnych, do tych lak zielonych, Szeroko nad blekitnym Niemnem rozciagnionych; Do tych pol malowanych zbozem rozmaitem, Wyzlacanych pszenica, posrebrzanych zytem; Gdzie bursztynowy swierzop, gryka jak snieg biala, Gdzie panienskim rumiencem dziecielina pala, A wszystko przepasane, jakby wstega, miedza Zielona, na niej z rzadka ciche grusze siedza. Srod takich pol przed laty, nad brzegiem ruczaju, Na pagorku niewielkim, we brzozowym gaju, Stal dwor szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany; Swiecily sie z daleka pobielane sciany, Tym bielsze, ze odbite od ciemnej zieleni Topoli, co go bronia od wiatrow jesieni. Dom mieszkalny niewielki, lecz zewszad chedogi, I stodole mial wielka, i przy niej trzy stogi Uzatku, co pod strzecha zmiescic sie nie moze; Widac, ze okolica obfita we zboze, I widac z liczby kopic, co wzdluz i wszerz smugow Swieca gesto jak gwiazdy, widac z liczby plugow Orzacych wczesnie lany ogromne ugoru, Czarnoziemne, zapewne nalezne do dworu, Uprawne dobrze na ksztalt ogrodowych grzadek: Ze w tym domu dostatek mieszka i porzadek. Brama na wciaz otwarta przechodniom oglasza, Ze goscinna i wszystkich w goscine zaprasza. Wlasnie dwokonna bryka wjechal mlody panek I obieglszy dziedziniec zawrocil przed ganek, Wysiadl z powozu; konie porzucone same, Szczypiac trawe ciagnely powoli pod brame. We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknieto Zaszczepkami i kolkiem zaszczepki przetknieto. Podrozny do folwarku nie biegl slug zapytac; Odemknal, wbiegl do domu, pragnal go powitac. Dawno domu nie widzial, bo w dalekim miescie Konczyl nauki, konca doczekal nareszcie. Wbiega i okiem chciwie sciany starodawne Oglada czule, jako swe znajome dawne. Tez same widzi sprzety, tez same obicia, Z ktoremi sie zabawiac lubil od powicia; Lecz mniej wielkie, mniej piekne, niz sie dawniej zdaly. I tez same portrety na scianach wisialy. Tu Kosciuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma Podniesionymi w niebo, miecz oburacz trzyma; Takim byl, gdy przysiegal na stopniach oltarzow, Ze tym mieczem wypedzi z Polski trzech mocarzow Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie Siedzi Rejtan zalosny po wolnosci stracie, W reku trzymna noz, ostrzem zwrocony do lona, A przed nim lezy Fedon i zywot Katona. Dalej Jasinski, mlodzian piekny i posepny, Obok Korsak, towarzysz jego nieodstepny, Stoja na szancach Pragi, na stosach Moskali, Siekac wrogow, a Praga juz sie wkolo pali. Nawet stary stojacy zegar kurantowy W drewnianej szafie poznal u wniscia alkowy I z dziecinna radoscia pociagnal za sznurek, By stary Dabrowskiego uslyszec mazurek. Biegal po calym domu i szukal komnaty, Gdzie mieszkal, dzieckiem bedac, przed dziesieciu laty. Wchodzi, cofnal sie, toczyl zdumione zrenice Po scianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce? Ktoz by tu mieszkal? Stary stryj nie byl zonaty, A ciotka w Petersburgu mieszkala przed laty. To nie byl ochmistrzyni pokoj! Fortepiano? Na niem noty i ksiazki; wszystko porzucano Niedbale i bezladnie; nieporzadek mily! Niestare byly raczki, co je tak rzucily. Tuz i sukienka biala, swiezo z kolka zdjeta Do ubrania, na krzesla poreczu rozpieta. A na oknach donice z pachnacymi ziolki, Geranium, lewkonija, astry i fijolki. Podrozny stanal w jednym z okien - nowe dziwo: W sadzie, na brzegu niegdys zaroslym pokrzywa, Byl malenki ogrodek, sciezkami porzniety, Pelen bukietow trawy angielskiej i miety. Drewniany, drobny, w cyfre powiazany plotek Polyskal sie wstazkami jaskrawych stokrotek. Grzadki widac, ze byly swiezo polewane; Tuz stalo wody pelne naczynie blaszane, Ale nigdzie nie widac bylo ogrodniczki; Tylko co wyszla; jeszcze kolysza sie drzwiczki Swiezo tracone; blisko drzwi slad widac nozki Na piasku, bez trzewika byla i ponczoszki; Na piasku drobnym, suchym, bialym na ksztalt sniegu, Slad wyrazny, lecz lekki; odgadniesz, ze w biegu Chybkim byl zostawiony nozkami drobnemi Od kogos, co zaledwie dotykal sie ziemi. Podrozny dlugo w oknie stal patrzac, dumajac, Wonnymi powiewami kwiatow oddychajac, Oblicze az na krzaki fijolkowe sklonil, Oczyma ciekawymi po drozynach gonil I znowu je na drobnych sladach zatrzymywal, Myslal o nich i, czyje byly, odgadywal. Przypadkiem oczy podniosl, i tuz na parkanie Stala mloda dziewczyna. - Biale jej ubranie Wysmukla postac tylko az do piersi kryje, Odslaniajac ramiona i labedzia szyje. W takim Litwinka tylko chodzic zwykla z rana, W takim nigdy nie bywa od mezczyzn widziana: Wiec choc swiadka nie miala, zalozyla rece Na piersiach, przydawajac zaslony sukience. Wlos w pukle nie rozwity, lecz w wezelki male Pokrecony, schowany w drobne straczki biale, Dziwnie ozdabial glowe, bo od slonca blasku Swiecil sie, jak korona na swietych obrazku. Twarzy nie bylo widac. Zwrocona na pole Szukala kogos okiem, daleko, na dole; Ujrzala, zasmiala sie i klasnela w dlonie, Jak bialy ptak zleciala z parkanu na blonie I wionela ogrodem przez plotki, przez kwiaty, I po desce opartej o sciane komnaty, Nim spostrzegl sie, wleciala przez okno, swiecaca, Nagla, cicha i lekka jak swiatlosc miesiaca. Nocac chwycila suknie, biegla do zwierciadla; Wtem ujrzala mlodzienca i z rak jej wypadla Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladla. Twarz podroznego barwa splonela rumiana Jak oblok, gdy z jutrzenka napotka sie ranna; Skromny mlodzieniec oczy zmruzyl i przyslonil, Chcial cos mowic, przepraszac, tylko sie uklonil I cofnal sie; dziewica krzyknela bolesnie, Niewyraznie, jak dziecko przestraszone we snie; Podrozny zlakl sie, spojrzal, lecz juz jej nie bylo. Wyszedl zmieszany i czul, ze serce mu bilo Glosno, i sam nie wiedzial, czy go mialo smieszyc To dziwaczne spotkanie, czy wstydzic, czy cieszyc. Tymczasem na folwarku nie uszlo bacznosci, Ze przed ganek zajechal ktorys z nowych gosci. Juz konie w stajnie wzieto, juz im hojnie dano, Jako w porzadnym domu, i obrok, i siano; Bo Sedzia nigdy nie chcial, wedlug nowej mody, Odsylac konie gosci Zydom do gospody. Sludzy nie wyszli witac, ale nie mysl wcale, Aby w domu Sedziego sluzono niedbale; Sludzy czekaja, nim sie pan Wojski ubierze, Ktory teraz za domem urzadzal wieczerze. On Pana zastepuje i on w niebytnosci Pana zwykl sam przyjmowac i zabawiac gosci (Daleki krewny panski i przyjaciel domu). Widzac goscia, na folwark dazyl po kryjomu (Bo nie mogl wyjsc spotykac w tkackim pudermanie); Wdzial wiec, jak mogl najpredzej, niedzielne ubranie Nagotowane z rana, bo od rana wiedzial, Ze u wieczerzy bedzie z mnostwem gosci siedzial. Pan Wojski poznal z dala, rece rozkrzyzowal I z krzykiem podroznego sciskal i calowal; Zaczela sie ta predka, zmieszana rozmowa, W ktorej lat kilku dzieje chciano zamknac w slowa Krotkie i poplatane, w ciag powiesci, pytan, Wykrzyknikow i westchnien, i nowych powitan. Gdy sie pan Wojski dosyc napytal, nabadal, Na samym koncu dzieje tego dnia powiadal. "Dobrze, moj Tadeuszu (bo tak nazywano Mlodzienca, ktory nosil Kosciuszkowskie miano Na pamiatke, ze w czasie wojny sie urodzil), Dobrze, moj Tadeuszu, zes sie dzis nagodzil Do domu, wlasnie kiedy mamy panien wiele. Stryjaszek mysli wkrotce sprawic ci wesele; Jest z czego wybrac; u nas towarzystwo liczne Od kilku dni zbiera sie na sady graniczne Dla skonczenia dawnego z panem Hrabia sporu; I pan Hrabia ma jutro sam zjechac do dworu; Podkomorzy juz zjechal z zona i z corkami. Mlodziez poszla do lasu bawic sie strzelbami, A starzy i kobiety zniwo ogladaja Pod lasem, i tam pewnie na mlodziez czekaja. Pojdziemy, jesli zechcesz, i wkrotce spotkamy Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy". Pan Wojski z Tadeuszem ida pod las droga I jeszcze sie do woli nagadac nie moga. Slonce ostatnich kresow nieba dochodzilo, Mniej silnie, ale szerzej niz we dnie swiecilo, Cale zaczerwienione, jak zdrowe oblicze Gospodarza, gdy prace skonczywszy rolnicze, Na spoczynek powraca. Juz krag promienisty Spuszcza sie na wierzch boru i juz pomrok mglisty, Napelniajac wierzcholki i galezie drzewa, Caly las wiaze w jedno i jakoby zlewa; I bor czernil sie na ksztalt ogromnego gmachu, Slonce nad nim czerwone jak pozar na dachu; Wtem zapadlo do glebi; jeszcze przez konary Blysnelo jako swieca przez okienic szpary I zgaslo. I wnet sierpy gromadnie dzwoniace We zbozach i grabliska suwane po lace Ucichly i stanely: tak pan Sedzia kaze, U niego ze dniem koncza prace gospodarze. "Pan swiata wie, jak dlugo pracowac potrzeba; Slonce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba, Czas i ziemianinowi ustepowac z pola". Tak zwykl mawiac pan Sedzia, a Sedziego wola Byla ekonomowi poczciwemu swieta; Bo nawet wozy, w ktore juz skladac zaczeto Kope zyta, niepelne jada do stodoly; Ciesza sie z nadzwyczajnej ich lekkosci woly. Wlasnie z lasu wracalo towarzystwo cale, Wesolo, lecz w porzadku; naprzod dzieci male Z dozorca, potem Sedzia szedl z Podkomorzyna, Obok pan Podkomorzy otoczon rodzina; Panny tuz za starszemi, a mlodziez na boku; Panny szly przed mlodzieza o jakie pol kroku (Tak kaze przyzwoitosc); nikt tam nie rozprawial O porzadku, nikt mezczyzn i dam nie ustawial, A kazdy mimowolnie porzadku pilnowal. Bo Sedzia w domu dawne obyczaje chowal I nigdy nie dozwalal, by chybiano wzgledu Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzedu. "Tym ladem - mawial - domy i narody slyna, Z jego upadkiem domy i narody gina". Wiec do porzadku wykli domowi i sludzy; I przyjezdny gosc, krewny albo czlowiek cudzy, Gdy Sedziego nawiedzil, skoro pobyl malo, Przejmowal zwyczaj, ktorym wszystko oddychalo. Krotkie byly Sedziego z synowcem witania: Dal mu powaznie reke do pocalowania I w skron ucalowawszy, uprzejmie pozdrowil; A choc przez wzglad na gosci niewiele z nim mowil, Widac bylo z lez, ktore wylotem kontusza Otarl predko, jak kochal pana Tadeusza. W slad gospodarza wszystko ze zniwa i z boru, I z lak, i z pastwisk razem wracalo do dworu. Tu owiec trzoda beczac w ulice sie tloczy I wznosi chmure pylu; dalej z wolna kroczy Stado cielic tyrolskich z mosieznymi dzwonki; Tam konie rzace leca ze skoszonej laki; Wszystko biezy ku studni, ktorej ramie z drzewa Raz wraz skrzypi i napoj w koryta rozlewa. Sedzia, choc utrudzony, chociaz w gronie gosci, Nie uchybil gospodarskiej, waznej powinnosci: Udal sie sam ku studni; najlepiej z wieczora Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora; Dozoru tego nigdy slugom nie poruczy, Bo Sedzia wie, ze oko panskie konia tuczy. Wojski z woznym Protazym ze swiecami w sieni Stali i rozprawiali, nieco poroznieni, Bo w niebytnosc Wojskiego Wozny po kryjomu Kazal stoly z wieczerza powynosic z domu I ustawic co predzej w posrodku zamczyska, Ktorego widne byly pod lasem zwaliska. Po coz te przenosiny? Pan Wojski sie krzywil I przepraszal Sedziego; Sedzia sie zadziwil, Lecz stalo sie; juz pozno i trudno zaradzic, Wolal gosci przeprosic i w pustki prowadzic. Po drodze Wozny ciagle Sedziemu tlumaczyl, Dlaczego urzadzenie panskie przeinaczyl: We dworze zadna izba nie ma obszernosci Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gosci; W zamku sien wielka, jeszcze dobrze zachowana, Sklepienie cale - wprawdzie pekla jedna sciana, Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi; Bliskosc piwnic wygodna sluzacej czeladzi. Tak mowiac, na Sedziego mrugal; widac z miny, Ze mial i tail inne, wazniejsze przyczyny. O dwa tysiace krokow zamek stal za domem, Okazaly budowa, powazny ogromem, Dziedzictwo starozytnej rodziny Horeszkow; Dziedzic zginal byl w czasie krajowych zamieszkow. Dobra, cale zniszczone sekwestrami rzadu, Bezladnoscia opieki, wyrokami sadu, W czastce spadly dalekim krewnym po kadzieli, A reszte rozdzielono miedzy wierzycieli. Zamku zaden wziasc nie chcial, bo w szlacheckim stanie Trudno bylo wylozyc koszt na utrzymanie; Lecz Hrabia, sasiad bliski, gdy wyszedl z opieki, Panicz bogaty, krewny Horeszkow daleki, Przyjechawszy z wojazu upodobal mury, Tlumaczac, ze gotyckiej sa architektury; Choc Sedzia z dokumentow przekonywal o tem, Ze architekt byl majstrem z Wilna, nie zas Gotem. Dosc, ze Hrabia chcial zamku, wlasnie i Sedziemu Przyszla nagle taz chetka, nie wiadomo czemu. Zaczeli proces w ziemstwie, potem w glownym sadzie, W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rzadzie; Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych Sprawa wrocila znowu do sadow granicznych. Slusznie Wozny powiadal, ze w zamkowej sieni Zmiesci sie i palestra, i goscie proszeni. Sien wielka jak refektarz, z wypuklym sklepieniem Na filarach, podloga wyslana kamieniem, Sciany bez zadnych ozdob, ale mur chedogi; Sterczaly wkolo sarnie i jelenie rogi Z napisami: gdzie, kiedy te lupy zdobyte; Tuz mysliwcow herbowne klejnoty wyryte I stoi wypisany kazdy po imieniu; Herb Horeszkow, Polkozic, jasnial na sklepieniu. Goscie weszli w porzadku i staneli kolem; Podkomorzy najwyzsze bral miejsce za stolem; Z wieku mu i z urzedu ten zaszczyt nalezy. Idac klanial sie damom, starcom i mlodziezy. Przy nim stal kwestarz, Sedzia tuz przy Bernardynie, Bernardyn zmowil krotki pacierz po lacinie. Mezczyznom dano wodke; wtenczas wszyscy siedli I cholodziec litewski milczac zwawo jedli. Pan Tadeusz, choc mlodzik, ale prawem goscia Wysoko siadl przy damach obok Jegomoscia; Miedzy nim i stryjaszkiem jedno pozostalo Puste miejsce, jak gdyby na kogos czekalo. Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi pogladal, Jakby czyjegos przyjscia byl pewny i zadal. I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzal, I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzal. Dziwna rzecz! Miejsca wkolo sa siedzeniem dziewic, Na ktore moglby spojrzec bez wstydu krolewic, Wszystkie zacnie zrodzone, kazda mloda, ladna; Tadeusz tam poglada, gdzie nie siedzi zadna. To miejsce jest zagadka, mlodz lubi zagadki; Roztargniony, do swojej nadobnej sasiadki Ledwie slow kilka wyrzekl, do Podkomorzanki; Nie zmienia jej talerzow, nie nalewa szklanki, I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne, Z ktorych by wychowanie poznano stoleczne; To jedno puste miejsce neci go i mami... Juz nie puste, bo on je napelnil myslami. Po tem miejscu biegalo domyslow tysiace, Jako po deszczu zabki po samotnej lace; Srod nich jedna kroluje postac, jak w pogode Lilia jezior skron biala wznoszaca nad wode. Dano trzecia potrawe. Wtem pan Podkomorzy, Wlawszy kropelke wina w szklanke panny Rozy, A mlodszej przysunawszy z talerzem ogorki, Rzekl: "Musze ja wam sluzyc, moje panny corki, Choc stary i niezgrabny". Zatem sie rzucilo Kilku mlodych od stolu i pannom sluzylo. Sedzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza I poprawiwszy nieco wylotow kontusza, Nalal wegrzyna i rzekl: "Dzis, nowym zwyczajem, My na nauke mlodziez do stolicy dajem I nie przeczym, ze nasi synowie i wnuki Maja od starych wiecej ksiazkowej nauki; Ale co dzien postrzegam, jak mlodz cierpi na tem, Ze nie ma szkol uczacych zyc z ludzmi i swiatem. Dawniej na dwory panskie jachal szlachcic mlody, Ja sam lat dziesiec bylem dworskim Wojewody, Ojca Podkomorzego, Mosciwego Pana (Mowiac, Podkomorzemu scisnal za kolana); On mnie rada do uslug publicznych sposobil, Z opieki nie wypuscil, az czlowiekiem zrobil. W mym domu wiecznie bedzie jego pamiec droga, Co dzien za dusze jego prosze Pana Boga. Jeslim tyle na jego nie korzystal dworze Jak drudzy i wrociwszy w domu ziemie orze, Gdy inni, wiecej godni Wojewody wzgledow, Doszli potem najwyzszych krajowych urzedow, Przynajmniej tom skorzystal, ze mi w moim domu Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybil komu W uczciwosci, w grzecznosci; a ja powiem smialo: Grzecznosc nie jest nauka latwa ani mala. Nielatwa, bo nie na tym konczy sie, jak noga Zrecznie wierzgnac, z usmiechem witac lada kogo; Bo taka grzecznosc modna zda mi sie kupiecka, Ale nie staropolska, ani tez szlachecka. Grzecznosc wszystkim nalezy, lecz kazdemu inna; Bo nie jest bez grzecznosci i milosc dziecinna, I wzglad meza dla zony przy ludziach, i pana Dla slug swoich, a w kazdej jest pewna odmiana. Trzeba sie dlugo uczyc, azeby nie zbladzic I kazdemu powinna uczciwosc wyrzadzic. I starzy sie uczyli; u panow rozmowa Byla to historyja zyjaca krajowa, A miedzy szlachta dzieje domowe powiatu: Dawano przez to poznac szlachcicowi bratu, Ze wszyscy o nim wiedza, lekce go nie waza; Wiec szlachcic obyczaje swe trzymal pod straza. Dzis czlowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi? Z kim on zyl, co porabial? Kazdy, gdzie chce, wchodzi, Byle nie szpieg rzadowy i byle nie w nedzy. Jak ow Wespazyjanus nie wachal pieniedzy I nie chcial wiedziec, skad sa, z jakich rak i krajow, Tak nie chca znac czlowieka rodu, obyczajow! Dosc, ze wazny i ze sie stempel na nim widzi, Wiec szanuja przyjaciol jak pieniadze Zydzi". To mowiac Sedzia gosci obejrzal porzadkiem; Bo choc zawsze i plynnie mowil, i z rozsadkiem, Wiedzial, ze niecierpliwa mlodziez terazniejsza, Ze ja nudzi rzecz dluga, choc najwymowniejsza. Ale wszyscy sluchali w milczeniu glebokiem; Sedzia Podkomorzego zdal sie radzic okiem, Podkomorzy pochwala rzeczy nie przerywal, Ale czestym skinieniem glowy potakiwal. Sedzia milczal, on jeszcze skinieniem przyzwalal; Wiec Sedzia jego puchar i swoj kielich nalal I dalej mowil: "Grzecznosc nie jest rzecza mala: Kiedy sie czlowiek uczy wazyc, jak przystalo, Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje, Wtenczas i swoja waznosc zarazem poznaje; Jak na szalach zebysmy nasz ciezar poznali, Musim kogos posadzic na przeciwnej szali. Zas godna jest Waszmosciow uwagi osobnej Grzecznosc, ktora powinna mlodz dla plci nadobnej; Zwlaszcza gdy zacnosc domu, fortuny szczodroty Objasniaja wrodzone wdzieki i przymioty. Stad droga do afektow i stad sie kojarzy Wspanialy domow sojusz - tak myslili starzy. A zatem..." Tu pan Sedzia naglym zwrotem glowy Skinal na Tadeusza, rzucil wzrok surowy, Znac bylo, ze przychodzil juz do wnioskow mowy. Wtem brzaknal w tabakierke zlota Podkomorzy I rzekl: "Moj Sedzio, dawniej bylo jeszcze gorzej! Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia, Czy mlodziez lepsza, ale widze mniej zgorszenia. Ach, ja pamietam czasy, kiedy do Ojczyzny Pierwszy raz zawitala moda francuszczyzny! Gdy raptem paniczyki mlode z cudzych krajow Wtargneli do nas horda gorsza od Nogajow! Przesladujac w Ojczyznie Boga, przodkow wiare, Prawa i obyczaje, nawet suknie stare. Zalosnie bylo widziec wyzolklych mlokosow, Gadajacych przez nosy, a czesto bez nosow, Opatrzonych w broszurki i w rozne gazety, Gloszacych nowe wiary, prawa, toalety. Miala nad umyslami wielka moc ta tluszcza; Bo Pan Bog, kiedy kare na narod przepuszcza, Odbiera naprzod rozum od obywateli. I tak medrsi fircykom oprzec sie nie smieli; I zlakl ich sie jak dzumy jakiej caly narod, Bo juz sam wewnatrz siebie czul choroby zarod. Krzyczano na modnisiow, a brano z nich wzory: Zmieniano wiare, mowe, prawa i ubiory. Byla to maszkarada, zapustna swawola, Po ktorej mial przyjsc wkrotce wielki post - niewola! "Pamietam, chociaz bylem wtenczas male dziecie, Kiedy do ojca mego w oszmianskim powiecie Przyjechal pan Podczaszyc na francuskim wozku, Pierwszy czlowiek, co w Litwie chodzil po francusku. Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem, Zazdroszczono domowi, przed ktorego progiem Stanela Podczaszyca dwokolna dryndulka, Ktora sie po francusku zwala karyjulka. Zamiast lokajow w kielni siedzialy dwa pieski, A na kozlach niemczysko chude na ksztalt deski; Nogi mial dlugie, cienkie, jak od chmielu tyki, W ponczochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki, Peruka z harbajtelem zawiazanym w miechu. Starzy na on ekwipaz parskali ze smiechu, A chlopi zegnali sie, mowiac, ze po swiecie Jezdzi wenecki diabel w niemieckiej karecie. Sam Podczaszyc jaki byl, opisywac dlugo; Dosyc, ze nam sie zdawal malpa lub papuga, W wielkiej peruce, ktora do zlotego runa On lubil porownywac, a my do koltuna. Jesli kto i czul wtenczas, ze polskie ubranie Piekniejsze jest niz obcej mody malpowanie, Milczal; boby krzyczala mlodziez, ze przeszkadza Kulturze, ze tamuje progresy, ze zdradza! Taka byla przesadow owoczesnych wladza! Podczaszyc zapowiedzial, ze nas reformowac, Cywilizowac bedzie i konstytuowac; Oglosil nam, ze jacys Francuzi wymowni Zrobili wynalazek: iz ludzie sa rowni. Choc o tem dawno w Panskim pisano zakonie I kazdy ksiadz toz samo gada na ambonie. Nauka dawna byla, szlo o jej pelnienie! Lecz wtenczas panowalo takie oslepienie, Ze nie wierzono rzeczom najdawniejszym w swiecie, Jesli ich nie czytano w francuskiej gazecie. Podczaszyc, mimo rownosc, wzial tytul markiza; Wiadomo, ze tytuly przychodza z Paryza, A natenczas tam w modzie byl tytul markiza. Jakoz, kiedy sie moda odmienila z laty, Tenze sam markiz przybral tytul demokraty; Wreszcie z odmienna moda, pod Napoleonem, Demokrata przyjechal z Paryza baronem; Gdyby zyl dluzej, moze nowa alternata Z barona przechrzcilby sie kiedys demokrata. Bo Paryz czesta mody odmiana sie chlubi, A co Francuz wymysli, to Polak polubi. "Chwala Bogu, ze teraz jesli nasza mlodziez Wyjezdza za granice, to juz nie po odziez, Nie szukac prawodawstwa w drukarskich kramarniach Lub wymowy uczyc sie w paryskich kawiarniach. Bo teraz Napoleon, czlek madry a predki, Nie daje czasu szukac mody i gawedki. Teraz grzmi orez, a nam starym serca rosna, Ze znowu o Polakach tak na swiecie glosno; Jest slawa, a wiec bedzie i Rzeczpospolita! Zawzdy z wawrzynow drzewo wolnosci wykwita. Tylko smutno, ze nam, ach! tak sie lata wleka W nieczynnosci! a oni tak zawsze daleko! Tak dlugo czekac! Nawet tak rzadka nowina! Ojcze Robaku (ciszej rzekl do Bernardyna), Slyszalem, zes zza Niemna odebral wiadomosc; Moze tez co o naszym wojsku wie Jegomosc?" "Nic a nic - odpowiedzial Robak obojetnie (Widac bylo, ze sluchal rozmowy niechetnie) - Mnie polityka nudzi; jezeli z Warszawy Mam list, to rzecz zakonna, to sa nasze sprawy Bernardynskie; coz o tem gadac u wieczerzy? Sa tu swieccy, do ktorych nic to nie nalezy". Tak mowiac spojrzal zyzem, gdzie srod biesiadnikow Siedzial gosc Moskal; byl to pan kapitan Rykow; Stary zolnierz, stal w bliskiej wiosce na kwaterze, Pan Sedzia go przez grzecznosc prosil na wieczerze. Rykow jadl smaczno, malo wdawal sie w rozmowe, Lecz na wzmianke Warszawy rzekl, podnioslszy glowe: "Pan Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy! He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem - Ojczyzna! Ja to czuje wszystko, ja rozumiem! Wy Polaki, ja Ruski, teraz sie nie bijem, Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem. Czesto na awanpostach nasz z Francuzem gada, Pije wodke; jak krzykna: ura! - kanonada. Ruskie przyslowie: z kim sie bije, tego lubie; Gladz druzke jak po duszy, a bij jak po szubie. Ja mowie, bedzie wojna u nas. Do majora Pluta adiutant sztabu przyjechal zawczora: Gotowac sie do marszu! Pojdziem, czy pod Turka, Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka! Bez Suworowa to on moze nas wytuza. U nas w pulku gadano, jak szli na Francuza, Ze Bonapart czarowal, no, tak i Suwarow Czarowal; tak i byly czary przeciw czarow. Raz w bitwie, gdzie podzial sie? szukac Bonaparta - A on zmienil sie w lisa, tak Suwarow w charta; Tak Bonaparte znowu w kota sie przerzuca, Dalej drzec pazurami, a Suwarow w kuca. Obaczciez, co sie stalo w koncu z Bonaparta..." Tu Rykow przerwal i jadl; wtem z potrawa czwarta Wszedl sluzacy, i raptem boczne drzwi otwarto. Weszla nowa osoba, przystojna i mloda; Jej zjawienie sie nagle, jej wzrost i uroda, Jej ubior zwrocil oczy; wszyscy ja witali; Procz Tadeusza, widac, ze ja wszyscy znali. Kibic miala wysmukla, ksztaltna, piers powabna, Suknie materyjalna, rozowa, jedwabna, Gors wyciety, kolnierzyk z koronek, rekawki Krotkie, w reku krecila wachlarz dla zabawki (Bo nie bylo goraca); wachlarz pozlocisty Powiewajac rozlewal deszcz iskier rzesisty. Glowa do wlosow, wlosy pozwijane w kregi, W pukle, i przeplatane rozowymi wstegi, Posrod nich brylant, niby zakryty od oczu, Swiecil sie jako gwiazda w komety warkoczu - Slowem, ubior galowy; szeptali niejedni, Ze zbyt wykwintny na wies i na dzien powszedni. Nozek, choc suknia krotka, oko nie zobaczy, Bo biegla bardzo szybko, suwala sie raczéj, Jako osobki, ktore na trzykrolskie swieta Przesuwaja w jaselkach ukryte chlopieta. Biegla i wszystkich lekkim witajac uklonem, Chciala usiesc na miejscu sobie zostawionem. Trudno bylo; bo krzesel dla gosci nie stalo: Na czterech lawach cztery ich rzedy siedzialo, Trzeba bylo rzed ruszyc lub lawe przeskoczyc; Zrecznie miedzy dwie lawy umiala sie wtloczyc, A potem miedzy rzedem siedzacych i stolem Jak bilardowa kula toczyla sie kolem. W biegu dotknela blisko naszego mlodziana; Uczepiwszy falbana o czyjes kolana, Posliznela sie nieco i w tem roztargnieniu Na pana Tadeusza wsparla sie ramieniu. Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swem siadla Pomiedzy nim i stryjem, ale nic nie jadla, Tylko sie wachlowala, to wachlarza trzonek Krecila, to kolnierzyk z brabanckich koronek Poprawiala, to lekkim dotknieniem sie reki Muskala wlosow pukle i wstag jasnych peki. Ta przerwa rozmow trwala juz minut ze cztery. Tymczasem w koncu stola naprzod ciche szmery, A potem sie zaczely wpolglosne rozmowy; Mezczyzni rozsadzali swe dzisiejsze lowy. Asesora z Rejentem wzmogla sie uparta, Coraz glosniejsza klotnia o kusego charta, Ktorego posiadaniem pan Rejent sie szczycil I utrzymywal, ze on zajaca pochwycil; Asesor zas dowodzil na zlosc Rejentowi, Ze ta chwala nalezy chartu Sokolowi. Pytano zdania innych; wiec wszyscy dokola Brali strone Kusego, albo tez Sokola, Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne swiadki. Sedzia na drugim koncu do nowej sasiadki Rzekl polglosem: "Przepraszam, musielismy siadac, Niepodobna wieczerzy na pozniej odkladac: Goscie glodni, chodzili daleko na pole; Myslilem, ze dzis z nami nie bedziesz przy stole". To rzeklszy, z Podkomorzym przy pelnym kielichu O politycznych sprawach rozmawial po cichu. Gdy tak byly zajete stolu strony obie, Tadeusz przygladal sie nieznanej osobie: Przypomnial, ze za pierwszym na miejsce wejrzeniem Odgadnal zaraz, czyim mialo byc siedzeniem. Rumienil sie, serce mu bilo nadzwyczajnie; Wiec rozwiazane widzial swych domyslow tajnie! Wiec bylo przeznaczono, by przy jego boku Usiadla owa pieknosc widziana w pomroku. Wprawdzie zdala sie teraz wzrostem dorodniejsza, Bo ubrana, a ubior powieksza i zmniejsza. I wlos u tamtej widzial krotki, jasnozloty, A u tej krucze, dlugie zwijaly sie sploty. Kolor musial pochodzic od slonca promieni, Ktoremi przy zachodzie wszystko sie czerwieni. Twarzy wowczas nie dostrzegl, nazbyt rychlo znikla, Ale mysl twarz nadobna odgadywac zwykla; Myslil, ze pewnie miala czarniutkie oczeta, Biala twarz, usta krasne jak wisnie bliznieta; U tej znalazl podobne oczy, usta, lica; W wieku moze by byla najwieksza roznica: Ogrodniczka dziewczynka zdawala sie mala, A pani ta niewiasta juz w latach dojrzala; Lecz mlodziez o pieknosci metryke nie pyta, Bo mlodziencowi mloda jest kazda kobiéta, Chlopcowi kazda pieknosc zda sie rowiennica, A niewinnemu kazda kochanka dziewica. Tadeusz, chociaz liczyl lat blisko dwadziescie I od dziecinstwa mieszkal w Wilnie, wielkim miescie, Mial za dozorce ksiedza, ktory go pilnowal I w dawnej surowosci prawidlach wychowal. Tadeusz zatem przywiozl w strony swe rodzinne Dusze czysta, mysl zywa i serce niewinne, Ale razem niemala chetke do swywoli. Z gory juz robil projekt, ze sobie pozwoli Uzywac na wsi dlugo wzbronionej swobody; Wiedzial, ze byl przystojny, czul sie rzeski, mlody, A w spadku po rodzicach wzial czerstwosc i zdrowie. Nazywal sie Soplica; wszyscy Soplicowie Sa, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni, Do zolnierki jedyni, w naukach mniej pilni. Tadeusz sie od przodkow swoich nie odrodzil: Dobrze na koniu jezdzil, pieszo dzielnie chodzil, Tepy nie byl, lecz malo w naukach postapil, Choc stryj na wychowanie niczego nie skapil. On wolal z flinty strzelac albo szabla robic; Wiedzial, ze go myslano do wojska sposobic, Ze ojciec w testamencie wyrzekl taka wole; Ustawicznie do bebna tesknil, siedzac w szkole. Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienil, Kazal, aby przyjechal i aby sie zenil, I objal gospodarstwo; przyrzekl na poczatek Dac mala wies, a potem caly swoj majatek. Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety Sciagnely wzrok sasiadki, uwaznej kobiety. Zmierzyla jego postac ksztaltna i wysoka, Jego ramiona silne, jego piers szeroka I w twarz spojrzala, z ktorej wytryskal rumieniec, Ilekroc z jej oczyma spotkal sie mlodzieniec: Bo z pierwszej lekliwosci calkiem juz ochlonal I patrzyl wzrokiem smialym, w ktorym ogien plonal. Rowniez patrzyla ona, i cztery zrenice Gorzaly przeciw sobie jak roratne swiéce. Pierwsza z nim po francusku zaczela rozmowe; Wracal z miasta, ze szkoly: wiec o ksiazki nowe, O autorow pytala Tadeusza zdania I ze zdan wyciagala na nowo pytania; Coz gdy potem zaczela mowic o malarstwie, O muzyce, o tancach, nawet o rzezbiarstwie! Dowiodla, ze zna rownie pedzel, noty, druki; Az oslupial Tadeusz na tyle nauki, Lekal sie, by nie zostal posmiewiska celem, I jakal sie jak zaczek przed nauczycielem. Szczesciem, ze nauczyciel ladny i niesrogi; Odgadnela sasiadka powod jego trwogi, Wszczela rzecz o mniej trudnych i madrych przedmiotach: O wiejskiego pozycia nudach i klopotach, I jak bawic sie trzeba, i jak czas podzielic, By zycie uprzyjemnic i wies rozweselic. Tadeusz odpowiadal smielej, szla rzecz daléj, W pol godziny juz byli z soba poufali; Zaczeli nawet male zarciki i sprzeczki. W koncu, stawila przed nim trzy z chleba galeczki: Trzy osoby na wybor; wzial najblizsza sobie; Podkomorzanki na to zmarszczyly sie obie, Sasiadka zasmiala sie, lecz nie powiedziala, Kogo owa szczesliwa galka oznaczala. Inaczej bawiono sie w drugim koncu stola, Bo tam, wzmoglszy sie nagle, stronnicy Sokola Na partyje Kusego bez litosci wsiedli: Spor byl wielki, juz potraw ostatnich nie jedli. Stojac i pijac obie klocily sie strony, A najstraszniej pan Rejent byl zacietrzewiony: Jak raz zaczal, bez przerwy rzecz swoje tokowal I gestami ja bardzo dobitnie malowal. (Byl dawniej adwokatem pan rejent Bolesta, Zwano go kaznodzieja, ze zbyt lubil gesta). Teraz rece przy boku mial, w tyl wygial lokcie, Spod ramion wytknal palce i dlugie paznokcie, Przedstawiajac dwa smycze chartow tym obrazem. Wlasnie rzecz konczyl: "Wyczha! puscilismy razem Ja i Asesor, razem, jakoby dwa korki Jednym palcem spuszczone u jednej dwororki; Wyczha! poszli, a zajac jak struna - smyk w pole, Psy tuz (to mowiac, rece ciagnal wzdluz po stole I palcami ruch chartow przedziwnie udawal), Psy tuz, i hec! od lasu odsadzili kawal; Sokol smyk naprzod, raczy pies, lecz zagorzalec, Wysadzil sie przed Kusym o tyle, o palec; Wiedzialem, ze spudluje; szarak, gracz nie lada, Czchal niby prosto w pole, za nim psow gromada; Gracz szarak! skoro poczul wszystkie charty w kupie, Pstrek na prawo, koziolka, z nim w prawo psy glupie, A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy, Psy za nim fajt na lewo, on w las, a moj Kusy Cap !!" - tak krzyczac pan Rejent, na stol pochylony, Z palcami swemi zabiegl az do drugiej strony I "cap!" -

Tutaj też nie mamy całości, ale zmieściło się znacznie więcej, 32157 bajtów. Przeglądanie tekstu jest równie łatwe jak w eActivity. Wybieramy stosowny plik i otwieramy go do edycji albo włączamy tak jak program, całość automatycznie się wyświetli. Zaletą takiego podejścia jest możliwość wykonania własnego programu, który może wyświetlać strony w zadanej kolejności.

Ogólną wadą jest brak wklejania przez ClassPad znaku nowej linii. Ten problem możemy rozwiązać poprzez wcześniejsze zamienienie takiego znaku na jakiś inny charakterystyczny. W ClassPadzie będziemy mogli wtedy rozseparować poszczególne linie tekstu. ClassPad nie wkleja również naszych znaków z ogonkami, ignoruje te litery. Najlepiej usunąć ogonki wcześniej, do tego celu używam najczęściej "Notatnika SP".

Powrót